Przejdź do głównej zawartości

ten ciężki ranek i to ciężkie powietrze...

które przecież kochasz
i którego nie chcesz

W środową i czwartkową noc trzęsłam się z zimna, mimo tego, że miałam na sobie spodnie, skarpety, bluzę z długim rękawem, byłam owinięta kołdrą i kocem i pod kołdrę włożyłam gorący termofor (dla porównania zwykle latem śpię w samych majtkach i koszulce). Wszystko mnie bolało, jakby przejechał po mnie walec, a ktoś posklejał kości kropelką i pozszywał mięśnie sznurkiem. W piątek, gdy się obudziłam, nie miałam siły nawet zejść zrobić sobie śniadania i zdałam sobie sprawę, że nikt mi nie pomoże. Ojciec w pracy, do domu wraca o dwudziestej. Siostra z niemowlęciem? Raczej nie zostawi go, żeby przyjść mi pomóc. Tym bardziej nie weźmie go do chorej osoby. Babci bałabym się dać nóż do ręki, sama musiałabym zrobić wszystko za nią, więc na nic mi taka pomoc. Nawet Życzenie jak na złość wywiało akurat w góry...

Cierpiałam tak sobie cały piątek, po nafaszerowaniu się lekami w sobotę było już nieco lepiej. Poległam jednak przy zmianie pościeli - męczyłam się z tym chyba z pół godziny. Ale to nic, dostałam za to opieprz od siostry, że nie chcę przyjść jej pomóc (nie mam małego dziecka, więc jakim prawem mogę źle się czuć?), a kiedy resztką sił udało mi się ogarnąć dla siebie obiad, ojciec nawet nie schował za mnie talerza do zmywarki. Także dzięki za wsparcie, kochana rodzinko.

Dziś mi się dostało, że nie wytarłam płyty indukcyjnej. Na moje usprawiedliwienie, że nie miałam wczoraj siły z łóżka wstać, a nikt nawet nie zapytał jak się czuję, dostałam odpowiedź, że to już tak cztery dni jest. Gówno prawda, zawsze sprzątam po sobie kuchnię.

Nie przypuszczałam, że po wyprowadzce siostry to wszystko tak nagle się na mnie zwali. W sensie - przecież i tak ja ostatnio sprzątałam, robiłam pranie i gotowałam. Tyle że w razie czego miałam siostrę, która choć może nie zawsze mogła pomóc fizycznie, to przynajmniej doradziła, jak coś zrobić.

Myślałam, że to będzie raczej coś w stylu: teraz ja jestem panią domu. Ale to nie jest mój dom. Oczywiście to jest mój dom rodzinny, w którym się wychowałam, ale nie ja tu rządzę. Staram się jakoś to ogarnąć - zaczęłam na przykład porządki na strychu, ale po wyrzuceniu siedmiu wielkich worów ubrań i butów wciąż jest tam pełno gratów (wyobraźcie sobie, że przez dwadzieścia lat prawie nic nie wyrzucacie, a kupujecie sporo). Najchętniej zamówiłabym kontener na śmieci i wrzuciła do niego wszystko, co mnie denerwuje, od starych ubrań, których nikt nie nosił od kilkunastu lat, przez kolekcję połamanych okularów słonecznych i brzydkich kwiatów doniczkowych, po pojemniczki na przyprawy i kosmetyki zalegające w łazienkach. No i garaż - królestwo ojca, w którym powoli zaczyna wyglądać jak u nałogowych zbieraczy. A w jego sypialni? Warstwa kurzu ma już chyba z pięć centymetrów.

Ale hej, nie wytarłam płyty indukcyjnej!

I kiedy mówię przyjaciółkom, że najchętniej wyprowadziłabym się z domu, reakcja jest mniej więcej taka: Ale po co? Przecież teraz tylko z tatą mieszkasz, a taki duży dom macie! Dobra, M. to M., dopiero załapała pierwszą w życiu pracę (w wieku dwudziestu pięciu lat, ale okej) i dla niej rodzice mają mieszkanie w zanadrzu. Ale A.? Ma swoją miłość życia, z którą jest w związku na odległość już od paru ładnych lat, więc może by tak coś z tym w końcu zrobić? Nope.

Jednocześnie narzekają, że rodzice nie pozwalają im wyjść z domu, dopóki nie zjedzą obiadu. Nie słyszałam czegoś takiego od lat, oczywiście obiad jest tylko wtedy, gdy sama coś ugotuję. Proste: nie ugotuję - nie zjem, nie posprzątam - będzie bałagan, nie wypiorę ciuchów - nie będę miała w czym chodzić, nie wyjmę naczyń ze zmywarki - będą tam tkwiły wiecznie. Kiedy wychodzę, czasem ktoś mnie zapyta gdzie albo czy wrócę na noc. Jak wyjeżdżam, gdzie i na jak długo.

A jednak już nie czuję się do końca u siebie. Brakuje mi swobody, podejmowania własnych decyzji. I wiem, jest na to rada, więc nie piszcie mi w komentarzach, że czas się wyprowadzić, bo zdaję sobie z tego sprawę, tylko oczywiście mnie nie stać.

Trochę żałuję, że zaplanowałam tyle wyjazdów, bo mogłabym już odkładać pieniądze, ale z drugiej strony przynajmniej trochę się pobawię, póki mam jeszcze za co.

No proszę, zaczęło się od choroby, a na chęci wyprowadzenia z domu skończyło. XD

Komentarze

  1. CÓż, mam nadzieję, że coś się ułoży. Wyprowadzi, czy też przeprowadzki są bardzo trudne zwłaszcza jak człowiek nie wie co go czeka...

    OdpowiedzUsuń
  2. ech ja mam lat 29 i się muszę tłumaczyć gdzie wychodzę .... a nocowanie u chłopa? o panie i dzieju dopiero po ślubie lol

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie! Nie masz małego dziecka i możesz się źle czuć. Rodzice nie mogą sobie na takie dogodności pozwalać :)
    W swoim domu rodzinnym też nie mogę rządzić nawet własną rodziną, więc się stąd wypisujemy ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja czasem też się źle u siebie czuję, bo (to chyba wszyscy tak mają) w momencie gdy gorzej się czuję, lub bardziej mi się nie chce, to wszyscy mają dla mnie milion zadań domowych do wykonania. Jak na złość. Tak więc są momenty, że mam ochotę po prostu uciec, ale gdy zaczynamy z B. poważniej myśleć o swoich czterech kątach, to jakoś tak mi żal tego mojego domu rodzinnego :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz chyba dobrze Cię rozumiem. Może nie mamy całkiem podobnych sytuacji, ale sama mam już dość własnej rodziny, nie umieją wesprzeć wtedy kiedy tego potrzebuję, najlepiej krytykować a swoich wad się nie widzi. I sama mam ochotę się wyprowadzić, ale za co??? Chyba trzeba zacisnąć mocno pas i w końcu odkładać na lepsze jutro....
    Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rodzina... Czasami się zastanawiam po co ją zakładać, skoro potrafią sprawić ból...
    Mam nadzieję, że czujesz się lepiej.
    Korzystaj z tych wyjazdów i ciesz się chwilami.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja jeszcze kilka miesięcy temu nie wyobrażałam sobie na przykład, żeby zostawić mamę samą w tym domu. Zaś dziś nie wiem jak mogłabym z nią do końca życia mieszkać...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ech, niestety doskonale Cię rozumiem i wiem jak to jest, kiedy wszystko w mieszkaniu jest na Twojej głowie... I ten brak wdzięczności i pomocy ze strony innych domowników. Jeśli miałabym Ci coś poradzić to powiedziałabym chyba teraz, żebyś trochę odpuściła. W sensie, żebyś nie szarpała przy tym nerwów, tylko tak trochę wyjebane na to bardziej miała. Myśl o tym, że kiedyś się wyprowadzisz, będziesz na swoim i to się skończy. Niby łatwo powiedzieć, ale zdaje się, że nic innego Ci nie pozostaje jak po prostu być w dobrej myśli i mniej przejmować się aktualną sytuacją.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótki poradnik, jak zestarzeć się w samotności

Nie skacz, ślubu nie będzie! - śmiałyśmy się, że takimi słowami będziemy zniechęcać desperatów do skakania z klifu. Później poszliśmy na zapiekankę i piwo, jak zawsze, a potem na autobus. Czy coś by się zmieniło, gdybym pojechała innym?
Jakiś czas temu, spacerując z przyjaciółkami rzuciłam życzenie. Życzenie się spełniło, w dodatku jest ode mnie rok starsze, całkiem przystojne i miłe. Chyba powinnam być zadowolona, prawda?
Ale ze mną nic nie jest proste. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś codziennie do mnie pisze, więc często nie odpisuję. Nie umiem podejmować decyzji i nie umiem rozmawiać. Chodząca katastrofa.
Czas zacząć przygarniać koty.
Wiem, że ten post jest niejasny, ale tak najlepiej oddaje mój obecny stan. Słowa ostatnio się ode mnie odwracają i wcale nie wyrażają tego, co chciałabym powiedzieć.
Swoją drogą, to całkiem ciekawe mieszkać w Gdyni i spędzić półtorej godziny w samochodzie tylko po to, by przez pół godziny stać i gapić się na morze. Kupuję to.
*.*
Każda, każda …

dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień, czyli o tym, że myślałam, iż będzie łatwiej

Mogłabym być teraz gdzie indziej, kończyć któreś kolejne piwo, oglądać kolejny film, który właściwie nic mnie nie obchodzi, albo spać już wtulona w jego ramię. Tylko że jakoś nie potrafimy się ostatnio dogadać.
Mów do mnie, proszę, przecież nie czytam ci w myślach. Mów.

Jakbym sama mówić potrafiła.
Naprawdę myślałam, że będzie łatwiej. Było łatwiej. Kesze, piwo, kino, kręgle. Rower, spacer, koniec świata. U mnie, u niego, film, czipsy, popcorn. Tort, sernik, kopiec kreta. Whisky, piwo, wino, earl grey. A przecież nic się nie zmieniło.

*.*
Jest środek sesji, a ja jak zwykle nie myślę o tym, o czym powinnam. Na razie zaliczone mam trzy przedmioty, zostało... dużo. Nie chce mi się nic. Potrzebuję wiosny. Dla mnie też za długa zima i zła... 


ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie  i przestań wyć przestań wyć przestań płakać 

jutro może nas nie być / listopadowy czelendż

Do napisania tego posta zainspirowała mnie Noel
Choć zdaje się, że nie radzę sobie ostatnio najgorzej, jest kilka rzeczy, nad którymi powinnam popracować i z pewnością będę bardziej zmotywowana, jeśli przyznam się do nich publicznie. Oto moje cele na listopad:
1. Kupić spodnie Zaczynam od dosyć łatwej sprawy, w końcu która dziewczyna nie lubi zakupów? Widać dziewczyną typową nie jestem, bo zakupy mnie irytują: ogromne centra handlowe, tłumy ludzi i kolejki do przymierzalni. Nie mogę jednak patrzeć na odstające spodnie, w których ostatnio chodzę, i zecydowanie potrzebuję nowych. 
2. Pić codziennie skrzyp Włosy ostatnio gubię na potęgę. Paznokcie mam w miarę mocne, ale chcę, by były w dobrej kondycji. Zaparzenie i wypicie kubka ziół nie powinno stanowić problemu nawet w moim napiętym grafiku. Zaraz idę zaparzyć.
3. Zostawić w spokoju skórki Jak mówiłam, paznokcie mam w porządku, za to wszystkie moje nerwy odbijają się na skórkach. Co chwilę słyszę nie skub i nie skub, a jednak wciąż to …